Jako nowa marka, Motorstorm przyjął się na rynku naprawdę dobrze. W związku z tym zdecydowano się na jej rozwijanie. I tak oto otrzymujemy sequel, Pacific Rift. Czy kontynuacja powtórzy sukces pierwowzoru, który w momencie premiery trafił na sprzyjającą koniunkturę rynkową? Jak wypada porównanie obu pozycji? Zapraszam do lektury recenzji!
Witaj w raju
Niecodzienne, brutalne wyścigi pozbawione jakichkolwiek zasad, nazywane po prostu „festiwalem”, zostały przeniesione z półpustynnych kanionów Monument Valley na zróżnicowaną krajobrazowo wyspę. Przyciągnęła ona największych zapaleńców sportów motorowych, a wraz z nimi przybyły tony wściekle warczącego sprzętu: od motorów i ATV, poprzez buggy i samochody wyścigowe, aż po mudpluggery, ciężarówki i monster trucki. A wszystko to wrzucone do jednego, rajskiego kotła...
A Ty – czy poradzisz tu sobie?
Festiwal czas zacząć!
Kluczowym elementem MotorStorma jest festiwal, czyli szereg eventów w których weźmiemy udział, by sięgnąć szczytu rankingu. Wygrywając kolejne wyścigi zdobywamy punkty, które wpływają na nasz poziom. Im więcej punktów, tym więcej imprez stoi przed nami otworem, a każda kolejna jest bardziej wymagająca. Awans w hierarchii MotorStorma to również dostęp do dodatkowej zawartości (wideo, artworki, slajdy z poradami) i nowych pojazdów. Szkoda, że poszczególne modele w danej kategorii mają te same parametry jazdy, różniąc się między sobą jedynie wyglądem – tzw. „bud” jest naprawdę sporo.
Zdecydowano się na wydzielenie czterech odrębnych stref w zakresie festiwalu. Są to odpowiednio ziemia, powietrze, ogień i woda. Każdą ze stref buduje 24 eventów, organizowanych na kilkudziesięciu różnych mapach. W sumie daje nam to aż 96 imprez do rozegrania! Wśród nich, oprócz tradycyjnych wyścigów, znajdziemy takie tryby jak eliminacja czy czasówka, w której przejeżdżamy przez kolejne checkpointy w określonych granicach czasowych, zyskując za każdy przejazd kilka dodatkowych, cennych sekund. Oprócz tego niektóre z eventów mają nałożone pewne ograniczenia, dotyczące np. ilości możliwych rozbić pojazdu – wypełnianie ich to nie tylko osobista satysfakcja, ale też różnorodne bonusy.
3, 2, 1... start!
MotorStorm, jak mówią sami twórcy, reprezentuje gatunek brutal offroad racing. Termin ten sprowadza się do konceptu szalonych wyścigów pozbawionych jakichkolwiek zasad, rozgrywanych na łonie dzikiej natury. Wyjadacze, którzy mięli styczność z pierwszą odsłoną serii doskonale wiedzą, o co chodzi, ale dla tych niezorientowanych mały obrazek: wyobraź sobie otwartą strukturę poziomu, z kilkoma wariantami tras, na którym o podium walczy ze sobą kilkunastu wariatów, zasiadających za sterami wszystkiego, co tylko ma pod maską wyjący silnik benzynowy... I tu kończą się reguły – kto pierwszy, ten lepszy!
Kluczowym czynnikiem, który decyduje o zwycięstwie bądź porażce, jest boost. Dzięki nadtlenkowi wodoru można wyprzedzić konkurentów, wybijając się z końca stawki na samą jej czołówkę, ba! - nawet na prowadzenie! Oczywiście nie jest to wszystko takie proste jakby się mogło wydawać; z boostem związany jest wskaźnik, który po osiągnięciu maksymalnego poziomu (dodatkowo informuje nas o tym stosowny sygnał dźwiękowy) doprowadzi do eksplozji wozu, tak więc przedobrzać nie można. W Pacific Rift motyw ten zyskuje dodatkową głębię: woda i lawa mają wpływ na wskaźnik boost, chłodząc bądź nagrzewając układ. Mechanizm ten może działać zarówno na naszą korzyść jak i szkodę, o ile bowiem źródeł ciepła zawsze powinniśmy unikać, o tyle już ciecz jest „dwuznaczna” – wszystko zależy od typu pojazdu, którym sterujemy. Motocykl czy ATV mogą utopić się, z kolei ciężarówka przebije się przezeń bez zauważalnego problemu, zyskując dodatkowy bonus pod postacią zbicia temperatury ze wskaźnika boost. Dzięki temu rozgrywka nabiera na nieco bardziej taktycznego wymiaru.

Wyścig to również prawdziwa walka na torze. W przypadku większych pojazdów działa to na zasadzie gwałtownego szarpnięcia kierownicą, za które odpowiadają przyciski L1 oraz L2. Tu przede wszystkim liczy się wielkość – wynik przepychanki pomiędzy potężnym monster truckiem a buggy jest z góry przesądzony. Kierowcy jednośladów i quadów sprzedają za to kolegom na prawo i lewo ciosy, również uprzykrzając drogę do mety.
Coś o wyspie
Nowe miejsce akcji dało projektantom poziomów spore pole do popisu. Będziemy przedzierać się przez potężną dżunglę, w której nietrudno o wylądowanie na drzewie czy utknięcie gdzieś w gęstych krzakach. Zawojujemy również podniebne górskie szczyty, gdzie mgła mocno utrudnia widoczność a naokoło czyhają skalne progi. Odwiedzimy również obszary objęte aktywnym wulkanizmem, na których jeszcze nie do końca zastygła lawa, oraz pochlapiemy się w wodzie na nadmorskich wybrzeżach. Największa wada poprzednika, tj. powtarzalność krajobrazów, została tym samym wyeliminowana.
Mimo oznakowania tras, początkujący „MotorStormerzy” mogą zagubić się na co bardziej rozległych mapach. Dlatego podstawą jest zaznajomienie się z nimi – nie tylko po to, by uniknąć podobnych (nie)przyjemności, ale też celem ustalenia optymalnej drogi przejazdu i odkrycia wszelkich skrótów.
Kosmetyczną zmianą jest również zwiększenie ilości zniszczalnych elementów w środowisku gry. Teraz specjalnie oznakowane konstrukcje możemy obrócić w pył, dodatkowo utrudniając przejazd konkurentom. Ponadto prowadzący jednoślady i quady powinni uważać na zwalone drzewa, wystające gałęzie i inne tego typu przeszkody, które z łatwością wysadzą kierowcę z pojazdu.
Multiplayer, inne tryby i trofea
Prawdziwe pazury - nie, szpony! - tytuł pokazuje w trybie multiplayer. Tak naprawdę dopiero konkurencja z żywymi graczami pozwala poczuć znaczenie słów brutal offroad racing. Konstrukcja gry wraz ze wszystkimi swoimi mechanizmami umożliwia wyrównaną, zażartą rywalizację, jakiej nie widziałeś jeszcze w żadnej innej grze wyścigowej – zaręczam Ci to. Tryb dla wielu graczy oferuje większość standardowych opcji jak friend list, czat głosowy, rankingi zbiorowe i dla pojedynczego gracza. Całość zrealizowana jest na tyle intuicyjnie, że nawet laik nie powinien mieć większych trudności z dołączeniem do gry czy założeniem własnej.
W dobie powszechnego wykorzystania Internetu do gry wieloosobowej, coraz trudniej o pozycje oferujące klasyczne tryby kooperacji. Chlubnym wyjątkiem jest tu najnowsza odsłona serii Resident Evil, na polu racerów zaś – właśnie Pacific Rift. Split Screen dla czterech graczy to nieziemska frajda, szczególnie, kiedy chcemy odpalić grę na imprezie czy w rodzinnym gronie. Warto zauważyć, że konsola radzi sobie z nim bez większych problemów, nie uświadczymy więc problemów z animacją ani wyraźnego spadku jakości grafiki. Po prostu świetnie wykonana robota!
Oprócz dwóch powyższych, w grze uświadczymy jeszcze kolejne dwa tryby. Pierwszy, Free-play to dowolny wyścig, gdzie ustalamy m.in. poziom SI przeciwników – nic nadzwyczajnego. Drugi to Time Attack, czyli hardcore w najczystszej postaci. Prócz fabrycznie wgranych „duchów”, które już są wymagające, możemy pobierać z Internetu przejazdy innych graczy. Zdziwisz się, jakie czasy można wykręcić na niektórych trasach.
Jak pokazują powyższe opisy, developer postawił przede wszystkim na dostarczenie graczowi jak największej ilości zabawy pod postacią jednego produktu. Ujmujące, tym bardziej, że przygotowano również DLC dla gry. Jeszcze więcej rozrywki? Na to wygląda!
Na koniec niewielki akapit poświęcony trofeom. Są one bardziej wymagające od przeciętnych, ale zdecydowanie „do zaliczenia”. „Platyna” w Pacific Rift to nie w kij dmuchał, a satysfakcji będzie co niemiara. Niestety, w tym celu będziemy musieli zakupić DLC, z którym powiązane jest jedno z trofeów. Osobiście nie lubię tego typu zagrywek ze strony producentów (zapewne jak większość graczy), ale cóż – takie czasy.
Oprawa
Pacific Rift działa na tym samym, aczkolwiek podrasowanym silniku, co pierwszy MotorStorm. Widać to już na pierwszy rzut oka: otoczenie jest znacznie rozleglejsze, a przy tym bogatsze, modele bardziej szczegółowe, uplastyczniono też oświetlenie (HDR) i dodano świetną symulację płynów z refleksami, a całość zoptymalizowano. Efekt – jedna z najlepiej wyglądających, a przy tym posiadająca własny, unikalny styl, ścigałka na rynku.
Podobnie sytuacja ma się z aspektem dźwiękowym gry. Udźwiękowienie środowiska wypada niezwykle przekonywująco, a łoskot, dzikie wrzaski, wściekłe klaksony i wyjące silniki tylko podkręcają „motorstormową” atmosferę. Podobnie jak w przypadku oryginału, także w kontynuacji znajdziemy znane kawałki, które powinny wpasować się w gusta każdego odbiorcy; jest to przede wszystkim rock i muzyka elektroniczna. Chyba nikt nie spodziewał się klasyków muzyki poważnej, prawda?
To dopiero początek
Pacific Rift stanowi swoistą materializację idei konsolowej rozrywki. Nieskomplikowane założenia gameplayu, zróżnicowane tryby zabawy, potężna dawka adrenaliny, a przede wszystkim – masa czystego funu z gry. A na deser akcenty siódmej generacji, ze świetnym multi na czele. W tym wszystkim nowy MotorStorm przebija swojego poprzednika.
Wzór dla arcadeowych racerów? Uważam, że jak najbardziej!