To mało wyrafinowana produkcja dla raczej mało wyrafinowanej grupy odbiorców. Zwierzęcość i tępota, wirtualna kolebka najprostszych instynktów. To także utopia dla fanów rozgrywki na intelektualnym poziomie woreczka foliowego. Tyle. Właściwie cały maraton mamy już za sobą. Mało? Zapraszam do recenzji Sacred 2: Fallen Angel - najbardziej nierównej produkcji tego roku.
Nieszczególnie odkrywcza i mało innowacyjna otoczka fabularna Sacred 2 ma pewną zaletę, obok której bardzo trudno przejść obojętnie. Ale od początku. Na tapecie mamy rasę Elfów Wysokiego Rodu, zgubiona wygórowanymi ambicjami poszczególnych jednostek oraz uprzedzeniami wobec innych doprowadza do uwolnienia w Ankarii śmiercionośnej Energii T. Przenika ona w najgłębsze zakamarki umysłów większości istot na kontynencie, co prowadzi do ich upierwotnienia. Rozpoczyna się mord na skalę globalną. Bandyci ze strachu napadają na karawany ze zdwojoną intensywnością, magowie kontynentu oszaleli i zamknęli się w swoich wieżach, a spokojna i oswojona zwierzyna Ankarii szturmuje przyległe do ich legowisk wioski. Klasyka gatunku.
W samym środku tego rozgardiaszu odnajduje się z kolei postać, która od zawsze marzyła o uratowaniu świata przed złem bądź też... wspomóc je w dokonywaniu dzieła zniszczenia! Wspomnianą nowością jest bowiem możliwość opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu. Wielki plus dla Ascaron. Co prawda rozgrywka nie różni się w przypadku wyboru dobra lub zła zasadniczo, ale umówmy się: gra czarnym charakterem zawsze należy do bardziej intrygujących.

W każdej szanującej się rąbaninie powinniśmy przebierać w szokujących możliwościami bojowymi postaciach. Sacred 2 w tej materii prezentuje się zwyczajnie średnio, żeby nie rzec, że nierówno. Bo o ile Elfka Wysokiego Rodu jako typowy przedstawiciel magów, Driada czy Wojownik Cienia są całkiem w porządku, to występów mechanicznego robota o podobiźnie Anubisa oraz laseczki biegającej w błękitnych stringach nie można przemilczeć. Klimat oraz korzenie serii?. Dla mnie to zwyczajna tandeta i brak wyobraźni niemieckich twórców.
Dobrze chociaż, że wymienione przeze mnie postaci są naprawdę świetnie zbalansowane. Nie ma absolutnie żadnej mowy o przewadze energii magicznej nad siłą pięści i odwrotnie. W dalszym ciągu nie uświadczymy w Sacred czegoś pokroju "paska many". Wszystkie czary mają bowiem sobie tylko odpowiedni czas odnowienia. Co prawda po pewnym czasie okazuje się, że zwiększanie siły inkantacji w ogóle nie idzie w parze z funkcjonalnością. Im wyższy poziom czaru, tym więcej czasu postać potrzebuje by go zregenerować. Niejednokrotnie jednak przy przechodzeniu na wyższy poziom zaawansowania czas ten wzrasta o horrendalne ilości. Niby głupie potknięcie, ale boli.
Należy również zaznaczyć, że nie wszystkie postacie mogą opowiedzieć się po jednej bądź drugiej stronie barykady. Serafina oraz Inkwizytor są bowiem totalnymi przeciwieństwami. Ona to ucieleśnienie piękna, dobra i boskości, od niego z kolei emanuje złowroga aura. Elfka Wysokiego Rodu, Wojownik Cienia, Strażnik Świątyni (to ten tandetny robot) oraz Driada mają z kolei możliwość wyboru.

Na tym niestety innowacje się kończą. Jeśli miałbym być szczery, Fallen Angel to tylko troszkę dopakowany graficznie klon poprzedniczki. W mechanice gry nie zmieniło się praktycznie nic. Nadal idziemy przed siebie, rąbiemy, używamy tych samych umiejętności magicznych, znów rąbiemy i znów idziemy przed siebie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że po pewnym czasie zabawa staje się nadzwyczaj nużąca. Fakt, panowie z Ascaron starali się urozmaicić nam rozgrywkę poprzez zwiększenie ilości wypadających z przeciwników run (służących do pakowania umiejętności) czy dodania możliwości rozwoju poszczególnych umiejętności u wszystkich postaci. Wszystko to jednak za mało, by móc z czystym sumieniem orzec, iż Sacred 2 jest grą lepszą od swego protoplasty.
Sama walka jest nadzwyczaj szybka oraz dynamiczna, choć momentami monotonna i tragicznie powtarzalna. Wiem, brzmi to paradoksalnie. Jedyna słuszna strategia to jak najszybsze nawalanie w przycisk ataku, odpowiednie ustawienie się względem oponentów, unik i znowu atak. Fajne jest to, że przy każdym ataku przeciwnika, oraz w momencie, kiedy to my mamy zostać zranieni, konsola wykonuje rzut kośćmi do gry i sama oblicza wynik danej akcji. Jeśli cechujemy się wysoką zręcznością, a nasz pancerz to ciężka zbroja płytowa, przeciwnikowi będzie bardzo ciężko dotkliwie nas zranić. Analogicznie, im wyższe statystyki naszego protagonisty, tym cięższą przeprawę będą mieli z nami przeciwnicy.
Szczerze przyznam: bardzo obawiałem się o jakość sterowania grą. Niektóre gry mają z tym po prostu nie lada problem, jednak Niemcom doskonale udało się obłożyć wszystkie przyciski pada odpowiednimi czynnościami wykonywanymi przez bohatera. Cała nauka sterowania nie zajmie Ci więcej niż 30 minut. Zrealizowane zostało to intuicyjnie i przyjemnie. Także interfejs gry nie powinien nastręczyć Wam zbyt wielkich problemów.

Dołóżmy do tego możliwość tworzenia własnych zaklęć, fakt skalowania poziomów doświadczenia kreatur do aktualnego poziomu bohatera (choć nie jest to tak przegięte, jak w Elder Scrolls IV: Oblivion), około 450 questów pobocznych występujących w grze oraz tragiczną sztuczną inteligencję przeciwników, a wyjdzie nam produkcja miła, prosta i przyjemna w odbiorze. Dokładnie na kilkanaście wieczorów, bo przejście Fallen Angel zajmuje kilkadziesiąt ładnych godzin grania. Ankaria to ogromny świat, potrafiący przy pierwszym kontakcie wręcz przerazić niezaznajomionego z kanwami serii gracza. Co prawda nie ma tutaj wiele do roboty, a zadania poboczne polegają zazwyczaj na przejściu z punktu A do punktu B i wyrżnięciu kilkunastu tuzinów oponentów, ale i tak jest dobrze. W końcu to kolejne kilkadziesiąt okazji na odnalezienie naprawdę potężnych artefaktów. A na zbieractwie gry pokroju Diablo, Baldur's Gate: Dark Alliance czy Sacred zazwyczaj się koncentrują. Tym bardziej, że otrzymujemy tutaj zatrzęsienie przeróżnych zbroi, łuków, mieczy, toporów, magicznych kosturów i innego rodzaju magicznego tałatajstwa.
Największa siła Fallen Angel tkwi jednak w zupełnie czym innym. Chodzi o tryb wieloosobowy. Świat Ankarii przemierzać możemy wespół z kolegą siedzącym obok bądź też z kilkoma innymi za pośrednictwem internetowej usługi PlayStation Network. W trybie tym miód dosłownie wylewa się z ekranu i chlupocze pod stopami. Zresztą, to chyba logiczne, że wspólne zarzynanie goblinów, orków, koboldów i szalonych magów daje zdecydowanie więcej satysfakcji niż robienie tego w pojedynkę. Ekran jest oczywiście jeden dla dwóch graczy, tym samym gra nie pozwala na zbytnie oddalenie się jednego gracza od drugiego. Oboje muszą znajdować się raczej w centralnej części ekranu.
Fajne jest to, że tocząc potyczki w trybie wieloosobowym bez problemu można nagrać stan gry, przegrać go na kartę pamięci bądź też dysk twardy i... kontynuować zabawę u siebie w domu, w pojedynkę! Niefajnie prezentują się z kolei okazjonalne lagi, ale do tego zdążyliśmy się już przy okazji kilkunastu innych produkcji na PSN przyzwyczaić.
Jaka jest oprawa graficzna opisywanej tutaj gry, każdy widzi. Jest dobrze, acz nie powalająco. Animacje postaci wołają o pomstę do nieba, z kolei wygląd otoczenia przywodzi na myśl najpiękniejsze baśnie z okresu dzieciństwa większości z nas. Efekty czarów, przeróżne animacje świata, światłocień i przedmioty wiszące na bohaterze także prezentują się zjadliwie. Nie ma się absolutnie do czego przyczepić. Podobnie sprawa wygląda ze ścieżką dźwiękową i efektami w grze. Szczerze? I tak nie zwrócicie na nią szczególnej uwagi. W końcu o mord tutaj chodzi. Ja w każdym razie zainteresowany nią nie byłem a uwagę zwracałem na nią tylko i wyłącznie z recenzenckiego obowiązku.

Wspomnieć należy także o polonizacji gry wykonanej przez firmę Cenega Poland. Choć przeprowadzona została ona widocznie na szybko, to i tak stoi na całkiem niezłym poziomie. Oczywiście jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że z nudnych i debilnych dialogów w języku naszych zachodnich sąsiadów nie da się wykrzesać niczego więcej, aniżeli polskich zwrotów na podobnym poziomie. W każdym razie wielki plus za inicjatywę.
Sacred 2: Fallen Angel ma wszystko, czym powinna cechować się dobra gra hack&slash. Niemieccy programiści odrobili pracę domową na czwórkę z plusem, bo choć gra się przyjemnie, to mam świadomość, że po dwukrotnych ukończeniu tego tytułu nie będziecie mieli ochoty kolejny raz dać się porwać. Bugów pokroju psucia się zapisanych stanów gry czy w ogóle zawieszania się jej na swojej konsoli nie uświadczyłem. Niestety, pomimo faktu, że gra raczy nas syndromem "jeszcze jednej misji", to są one tak powtarzalne i nudne, że wielu graczy nie zdoła dobrnąć do końca przygody. Tak czy siak, dla wszystkich fanów przemierzania rozległych krain i kolekcjonowania stosów przedmiotów nie ma na razie lepszej alternatywy. Oczywiście do czasu ukazania się w Europie Demon's Souls.