The Saboteur jest grą akcji w ujęciu TPP. Dopatrzeć się w niej można wielu związków z hitową serią Assassin's Creed. Tu również prowadzimy działalność szpiegowską na terenie miasta (Paryż), mamy historyczne tło (II Wojna Światowa, okupacja Francji), a nawet podobne ujęcie rozgrywki, chociażby w kwestii dowolnej wspinaczki po wszelakich konstrukcjach. Nowe IP Ubisoftu szturmem zdobyło listy sprzedaży, czyżby EA chciało powtórzyć sukces konkurencji? Czemu nie – dla dobrych gier zawsze znajdzie się miejsce na rynku! Tym bardziej, że The Saboteur nie jest zwykłą kalką wcześniej wspomnianej gry w nowych realiach, a dodaje również własne rozwiązania. Na szczególną uwagę zasługują sugestywna oprawa graficzna, „mocny”, dojrzały klimat oraz intrygująca fabuła.
Żeby nie zanudzać zbyt długim wstępem o tym ile to sandbox’ów nie mamy, o tym, że GTA jest świetne, że Assassin’s Creed jest boski, że Brutal Legend ciekawy, że w piaskownicy za blokiem znajduje się więcej pustych puszek po piwie i petów niż jest w niej samego piasku, itd., powiem krótko. The Saboteur okazał się naprawdę porządnym tytułem i godnym pożegnaniem się ekipy Pandemic z graczami. Lecimy.
.jpg)
Po pierwsze jest to sandbox, dla jednych błogosławieństwo, a dla innych przekleństwo. Moim zdaniem Paryż przedstawiony w Sabotażyście jest wręcz genialny. Nie chodzi o to, że jest niesamowicie dokładnie odwzorowany, czy wielkością przekracza granice naszej galaktyki. Nic z tych rzeczy. Co jest najbardziej wkurzającym elementem w wielu grach z otwartym światem? A no to, że jest on „otwarty” tylko z nazwy, a poszczególne jego części odblokowują się wraz z postępami w grze. Trochę podobnie jest tutaj, z jednym „ale”. Można wbić w każde miejsce jakie sobie upatrzymy od samego początku gry. Jak to? Nie są w żaden sposób zablokowane? Są, strażnicy stoją przy bramach, ale co to za problem pójść na czołówkę z tą kupą żelastwa? Naziści po takiej akcji rozpoczną pościg, ale można go zgubić w ten sam sposób, co każde inne. Krótko pisząc, dostajemy naprawdę otwarty świat.
Po drugie ta gra powinna nam być praktycznie tak bliska, jak autostrada A4. Głównym bohaterem jest Irlandczyk Sean Devlin. Czyli można powiedzieć „swój chłop”, wszak wielu rodaków dorobiło się tego i owego w tym kraju. Wracając do rzeczy. Sean jest mechanikiem i kierowcą rajdowym. Pewnego dnia na wyścigach przegrywa walkę o podium z oszukującym Niemcem. W ramach odwetu nasz podopieczny razem ze swoim najlepszym kumplem (jak sam mówi jest dla niego jak brat) postanawiają zniszczyć piękny wózek oszusta. Niestety sytuacja nie toczy się po ich myśli, zostają uwięzieni w tajnej fabryce, przyjaciel Sean’a ginie, on sam ucieka z myślą o zemście. Później następują kolejne niefortunne wydarzenia i główny bohater staje się naprawdę wkurzonym człowiekiem, który pragnie tylko zemsty. Może nie brzmi to zatrważająco ciekawie, ale klimat jest naprawdę mocny i tylko dla dorosłych (pucharek za „zaliczenie” panny included). Całość dzieje się w czasach II WŚ (to nie jest FPS, więc nie ma co narzekać) przez co jest tylko ciekawiej.
.jpg)
Gra polega oczywiście na zaliczaniu kolejnych zadań i wykonywaniu misji pobocznych. Nic nowego, ale wszystko dzieje się tak jakoś naturalnie. Nie to żebym psioczył na inne tytuły z tego gatunku, ale w Saboteur było mi kompletnie bez różnicy, czy wykonywałem misje popychające wątek główny, czy te dodatkowe. Zazwyczaj nie mam ochoty marnować czasu na pomoc przypadkowym osobnikom, jednak tutaj ta nienawiść do Nazistów jest tak mocno zarysowana, że niszczenie kolejnych wieżyczek, likwidacje oficerów, czy pojazdów opancerzonych przychodzi wręcz naturalnie. Ot jedziemy sobie do bazy wypadowej, a po drodze natrafiamy na patrol nękający niewinnych paryżan, no to robimy z nimi porządek. Jedziemy sobie dalej, a tu kolejna grupka złych stoi sobie przy moście, od razu do głowy przychodzi myśl, by rozgonić tą ferajnę. Wierze snajperskie są strasznie upierdliwe, przeszkadzają w spokojnym wykonywaniu misji, no to montujemy ładuneczek i od razu gra się łatwiej, a że natrafiliśmy na nią przy okazji robienia czegoś innego? Piękna sprawa, naprawdę chyba po raz pierwszy nie ziewałem z nudów robią co jakiś czas to samo.
Jest jeszcze jeden element skłaniający nas do takich działań. Wszechobecna czerń. W sumie to trzy kolory: czarny, biały i czerwony. Gdy dany skrawek terenu jest opanowany przez Nazistów, to wszystko pokryte jest właśnie tymi barwami. Nadaje to niesamowitego klimatu wszędobylskiego syfu i niesprawiedliwości. Jest tak ponuro, jak na obradach sądowych. Po pewnym czasie zaczyna to po prostu przytłaczać i sam będziesz się garnął by przywrócić porządek. Nie wiem czy twórcy mieli zamiar wywoływać właśnie takie uczucia wśród graczy, czy po prostu chcieli w jakiś inny sposób pokazać, że mamy jeszcze tutaj coś do roboty. Tak, czy siak zabieg ten jest niesamowity, konkretnie napędzający gracza do działania.
Byłbym zapomniał, za każde wykonane zadanie dostajemy kontrabandę za która kupimy lepsze uzbrojenie i inne takie. Oprócz tego Sean zdobywa doświadczenie, które także przemienia się na nowe umiejętności.
Misje główne nie różnią się specjalnie od tych pobocznych, zawsze trzeba kogoś uwolnić, kogoś przewieźć, czy zabić, a i tak wszystko sprowadzi się do robienia zadymy w mieście, chociaż gra propaguje także inne metody rozwiązywania problemów.
The Saboteur może być strzelanką, gdzie biegamy z zakupionym bądź znalezionym ekwipunkiem, strzelamy do wszystkiego co się rusza i mówi z niemieckim akcentem (cywili też można, ale szykujcie się na kary typu brak kryjówek przez minutę). Można też pobawić się w uproszczonego Snake’a. Skradamy się cichaczem, przebieramy się za zlikwidowanych żołnierzy, eliminujemy kolejnych wrogów pistoletem z tłumikiem, czy pozbywamy się ich w walce wręcz. Można grać tak, albo tak, albo łączyć oba sposoby dorzucając do tego wspinaczkę. Sean potrafi wejść gdzie tylko mu się podoba, ale trzeba uważać. Niemcy są bardzo czujni i niecodzienne zachowania jak bieg, zadymy, czy właśnie wspinanie się po budynkach wzbudzą w nich niepokój, co może zakończyć się kolejnym, niepotrzebnym pościgiem. Poza tym, chłopak nie ma gracji, Ezio zjada gościa na śniadanie. Czasem można się zatrzymać w połowie bloku, bo nie ma akurat się czego chwycić, a w takiej sytuacji jesteśmy łatwym celem do zestrzelenia. Irlandczyk nie skacze także jak olimpijczyk, więc dzikie ucieczki po dachach odpadają, , skręt w złą stronę, czy nieodpowiednie ocenienie wysokości i jesteśmy kaput. Fajny bajer jednym słowem, ale równie dobrze można się bawić bez niego, gra nie wymusza udawania małpy, więc co kto lubi.
Bardzo ważnym czynnikiem jest jazda pojazdami. Nie oczekujcie rozwijania niesamowitych prędkości, czy modelu jazdy rodem z Gran Turismo. Samochody to antyki, wleczą się jak pracownicy Biedronki, ale jeździ się nimi naprawdę w porządku. A jak już dopadniemy jakąś sportowa furę to można poszaleć. Są niezbędne przy uciekaniu przed wrogami, czy dojeżdżaniu w większość miejsc (biegnąć kilkanaście minut się chyba nikomu nie chce), więc trzeba się przyzwyczaić do ich częstego używania.
.jpg)
Sztuczna inteligencja streszcza się do jednego słowa: „głąby”. Przeciwnicy to straszne debile. Idziesz sobie spacerkiem, patrzysz jeden żołnierz odłączył się na kilkanaście metrów od reszty grupy, gość dostaje kulkę w głowę z pistoletu, który ma zamontowany tłumik. Ciało zostaje na chodniku, a ty sobie przechodzisz spokojnie obok reszty bandy, która oczywiście nic nie zauważyła. Podczas zadymy prawie żaden nigdzie się nie chowa tylko stoi jak kołek i czeka na odstrzał. Są za to strasznie spostrzegawczy wtedy kiedy nie trzeba. Przebierzesz się za jednego z nich i wzbudzisz podejrzenia u kolesia stojącego kilka metrów dalej.
Walka wręcz jest tragiczna. Niby całkiem prosta polegająca na przyjęciu postawy i wciskaniu przycisków odpowiedzialnych za słaby i silny atak, a także za kopniak, ale co z tego skoro Sean ma problemy z zalokowaniem się na konkretnym celu i ogólnie panuje niezły chaos podczas takich starć.
Kolejnym niedopracowanym elementem jest oprawa audio-wideo. Patent z czarno białym obrazem jest w porządku, ale kolorowy świat obnaża wszystkie braki. Po pierwsze animacja postaci nie jest najwyższych lotów, widać ząbki, okolice są do siebie podobne, interakcji z otoczeniem praktycznie brak (chyba ze zaliczacie do niej wysadzanie wież, czy niszczenie przydrożnych lamp). Samochody nie gubią nawet zderzaków, one po prostu po pewnym czasie zapalają się by następnie wybuchnąć. Prawie jak w noc sylwestrową. Fizyka również kuleje, no bo jak wytłumaczyć fakt, że potrącony przechodzeń odlatuje na jakieś 15 m? Grawitacja księżycowa, czy kosmiczna prędkość wynosząca 40 km/h?
Audio z jednej strony serwuje dobrą i klimatyczną muzykę, którą urozmaicają dodatkowo dźwięki otoczenia. Z drugiej strony kwestie bohaterów wypadają jakby były nagrywane przez stróża ze spółdzielni. Nie podobały mi się, brak w nich jakiejkolwiek naturalności.
Ale dosyć narzekania, ta gra jest naprawdę niezła. Ma kilka wad i braków, pewne elementy nie do końca zagrały, ale mimo wszystko najnowsza i ostatnia zarazem produkcja Pandemic Studios strasznie wciąga. Poza tym ta produkcja ma naprawdę niepowtarzalny klimat, dorosłym graczom przypadnie do gustu fakt, że to pozycja skierowana tylko dla nich (dzieci nie powinny chwytać za tytuł w którym zabawę zaczynamy w domu publicznym, a co drugie słowo to kur...). Mi się bardzo podobało i z chęcią zobaczyłbym kolejne, bardziej dopracowane odsłony tejże produkcji, a na początek daje najmocniejszą siódemkę tego roku.
Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak Altair poradziłby sobie w drugowojennych realiach? Nie masz pojęcia? Po prostu spójrz na Sean'a Devlin'a!
Teraz zapewne zadajesz sobie pytanie: kim jest ten cały Sean Devlin? Już spieszę z wyjaśnieniami – jest to główny bohater powstającej w Pandemic Studio gry The Saboteur. Choć ostatnimi czasy tworzone przez tego dewelopera produkcje nie są najwyższych lotów, że wspomnę chociażby Lord of The Rings: Conquest czy Mercenarines 2, to nowy tytuł ma szansę przerwać tę nieszczęśliwą passę. Dlaczego? Przeczytaj zapowiedź i przekonaj się sam.
Francuska partyzantka w wydaniu irlandzkim
Bohaterem, w którego przyjdzie nam się wcielić w grze The Saboteur jest Irlandczyk Sean Devlin. Z zawodu mechanik rajdowy, postanawia udać się z grupką znajomych do okupowanego przez nazistów Paryża. Niestety, wycieczka kończy się dla towarzyszy Sean'a tragicznie – giną w strzelaninie z faszystami. Tylko jemu samemu udaje się uniknąć śmierci. Teraz, motywowany bynajmniej nie z pobudek politycznych, a chęci zemsty na zabójcach najbliższych kolegów, dołącza do francuskiego ruchu oporu, stając się dla okupanta coraz bardziej niewygodnym człowiekiem.

Branża gier wideo wyeksploatowała już dosyć mocno temat II Wojny Światowej, na szczęście dotyczy to głównie gatunku pierwszoosobowych strzelanin. The Saboteur ukazuje nam świat zza pleców bohatera (dokładnie tak, jak w Uncharted), przy czym jednocześnie sposobem rozgrywki przypomina Assassin's Creed, skupiając ją głównie na aspekcie skradankowym, co oczywiście nie oznacza, że nie położymy kilku faszystów trupem. Jako aktywny działacz ruchu oporu podejmiemy się takich zadań, jak morderstwa ważnych osób, zdobywanie poufnych dokumentów z wrogiego obozu, kontaktowanie się ze szpiegami, niszczenie wrogich zabudowań i infrastruktury czy niesienie pomocy nękanym przez okupanta cywilom. Misje te będą od nas wymagały uprzedniego zbadania terenu działań, dokładnego ich zaplanowania, a następnie niespostrzeżonego dostania się do kluczowego miejsca i zrealizowania celu. Podejmowane przez nas kroki będziemy starali się zachować w tajemnicy przez jak najdłuższy czas. W sukurs przyjdą nam umiejętności, jakimi dysponuje Irlandczyk – bez problemu przebiegnie po dachu każdego budynku, uprzednio się tam wdrapując (stąd porównanie z Altairem) oraz przemknie pod nosem wroga, wykorzystując osłonę mroku. Oczywiście podany wyżej schemat nie jest jedynym słusznym – równie dobrze będziemy mogli wziąć w ręce karabin i dotrzeć do celu „po trupach” (dosłownie) – z tym, że będziemy musieli liczyć się z odpowiednią reakcją wroga. Nie zapominaj, kto ma tu przewagę.

Świat, w którym przyjdzie nam działać jest skonstruowany w modnej dziś koncepcji sandbox – Paryż i jego okolice będziemy przemierzać w sposób dowolny, nie napotykając sztucznych barier. A trzeba przyznać, że jest co zwiedzać, twórcy bowiem oddają do naszej dyspozycji kilka kilometrów kwadratowych terenu – samo miasto zajmuje około 5,5km kwadratowych, a odwiedzimy również tereny podmiejskie. Architektura „serca Europy” została oddana fenomenalnie, bez problemu odnajdziemy tu tak charakterystyczne miejsca jak Wieża Eiffla, katedra Notre Dame czy słynne Pola Elizejskie. Twórcy zapewniają, że nie uświadczymy tu działań typu „kopiuj, wklej” - praktycznie każda budowla jest inna, a sama zabudowa miasta unikalna. Jeśli wierzyć tym dumnym słowom, powinniśmy spodziewać się jednego z najbardziej fenomenalnie oddanych miast w historii gier wideo.

Co nieco niepokojące, w grze, prócz przeciwników rodem z kart historii (Wermacht, SS, gestapo), napotkamy również wymyślony przez twórców fikcyjny oddział Terror Squad. Muszę przyznać, że nie rozumiem takiego zagrania ze strony studia – myślę, że historyczne jednostki stanowiłyby wystarczające urozmaicenie wśród nazistowskich szeregów, a Terror Squad jest wepchany nieco na siłę, psując historyczny obraz całości. Mogę się mylić – jak jest naprawdę przekonamy się dopiero w dniu premiery.
Od czarno-białego, do w pełni kolorowego

Bardzo ciekawie przedstawia się również koncepcja graficzna The Saboteur. Paryż, do którego trafiamy, to miasto tysiąca odcieni szarości, na tle których wyraźnie kontrastują jaskrawoczerwone, faszystowskie symbole i rozrywające powietrze wybuchy oraz wystrzały. Stylistyka ta ma za zadanie oddać klimat okupowanego miasta. Co jednak ciekawe, wraz z progresją w walce z nazistami, Paryż zaczyna nabierać coraz żywszych kolorów. Pokazuje to zachodzące w mieście przemiany, powrót wiary w lepsze jutro wśród jego mieszkańców oraz zaznacza obszary, które są przez nas kontrolowane. W miejscach takich bez trudu zaobserwujemy stawiających się wrogowi ludzi, będą oni również chętniej dołączać do walczącego podziemia. Nie trudno się domyśleć, że taki obrót sytuacji przeniesie walkę z samotnych, cichych misji sabotażowych pod osłoną nocy, na walne pole bitwy z wieloma jednostkami po obu stronach. Słowem: wygląda na to, że będziemy mięli okazję poczuć się jak prawdziwi partyzanci.

The Saboteur może nie tylko pomóc odzyskać Pandemic Studios utracony, wraz z produkcją dwóch ostatnich „hitów”, honor, ale wnieść mocny powiew świeżości zarówno w kwestii gameplayu, jak i sposobie ukazywania świata przedstawionego dzięki wykorzystaniu innowacyjnego stylu graficznego. Szykuje nam się wiarygodna opowieść, która będzie obfitować w sceny zastrzeżone dla odbiorcy w wieku od lat osiemnastu wzwyż (slogan: Enter the seedy world of a saboteur living in a stylized 1940s Paris, where the women are sexy, the missions are epic, and the revenge is satisfying). Nie wiem jak Wy, ale ja czekam z niecierpliwością!