Matt Hazard, pierwszoplanowy bohater gry Eat Lead: The Return of Matt Hazard, to prawdziwy twardziel, który śmiało mógłby stanąć oko w oko z “księciem” bez żadnej ujmy dla swojej osoby. Ma praktycznie nieskończony zasób amunicji, hordy wrogów do wyrżnięcia i cięte komentarze na każdą okazję. To, co odróżnia go od innych postaci z gier to fakt, że Matt doskonale wie o... swojej fikcyjności. Jako “aktor do gier”, Hazard przyjmuje nowe zlecenie. Okazuje się ono jednak pułapką, a bohater musi przeżyć w wirtualnym świecie, zmagając się z przebiegłym programistą.
Ta niecodzienna otoczka okazuje się być świetną przykrywką dla developera by zaoferować graczom to, co lubią najbardziej: niczym nieskrempowaną, zaprawioną hektolitrami krwi wyżynkę. Oczywiście znajdziemy w niej również inne, charakterystyczne dla nowej generacji gatunku gier akcji TPP, rozwiązania, jak chociażby cover-system czy “dopakowywanie” postaci dzięki różnorodnym “zbierajkom”, z reguły znajdowanym przy zmasakrowanych zwłokach przeciwników.
Od strony technologicznej pobawimy się ciekawym silnikiem fizyki, który umożliwia m.in. niszczenie większości stojących na naszej drodze obiektów, a oczy nacieszą się całkiem przyjemną, opływającą w detale oprawą graficzną.